Polish English French German Hebrew Italian Japanese Portuguese Russian Spanish

Sławomir Szymala podsumował swój najlepszy trenerski rok

17. 12. 30
Wpis dodał: Jerzy Zużałek(danielek2002)
Odsłony: 1496

Jak już wcześniej wspominałem, Jubileusz 70 lecia LKS Bestwina był okazją do przeprowadzenia przez znakomitego dziennikarza sportowego, Jerzego Dusika, niegdyś również wspaniałego zawodnika wywiadów z działaczami samorządowymi i sportowymi gminy Bestwina. Były już prezentowane wywiady z prezesem, Tomaszem Miroskim i wójtem, Arturem Beniowskim, teraz zamieszczam rozmowę z trenerem, Sławomirem Szymalą. Jerzy Dusik publikuje ją na stronie http://www.slzpn.katowice.pl/:

Trenerem wicemistrza półmetka rozgrywek AP-Sport Bielska Liga Okręgowa jest Sławomir Szymala, który w LKS Bestwina pracuje już piąty sezon, a wcześniej w rejonie Podbeskidzia dał się poznać jako solidny bramkarz.
- Zacząłem w wieku 11 lat, jako trampkarz w Drzewiarzu Jaseinica, z którego mając 23 lata przeszedłem do Pasjonata Dankowice. Z niego trafiłem do Koszarawy Żywiec, a po niej była Zapora Porąbka, Świt Cięcina i powrót do Drzewiarza, w którym mając 37 lat zakończyłem swoją boiskową przygodę - wylicza Sławomir Szymala, który 21 grudnia obchodził 44 urodziny.
- Jaki był najbardziej pamiętny mecz z tych 26 lat grania?
- Najlepszy był na pewno mecz w barwach Pasjonata przeciwko Concordii Knurów. To był mój drugi występ, w III-ligowej drużynie prowadzonej przez Wojciecha Boreckiego, który na początku 1997 roku ściągnął mnie do Dankowic. Wygraliśmy 1:0, bo broniłem wszystko - jak to się mówi "sklep zamknięty totalnie". Natomiast najbardziej prestiżowy mecz, choć akurat nienajlepszy w moim wykonaniu, był wtedy kiedy grałem w Koszarawie. W Pucharze Polski jesienią w 2004 roku zmierzyliśmy się z Wisłą Kraków. Do Żywca przyjechała najlepsza wtedy drużyna w Polsce z Radosławem Majdanem w bramce i Maciejem Żurawskim oraz Tomaszem Frankowskim w ataku. Życzyłbym młodzieży, która gra teraz i w mojej drużynie, i w okolicznych zespołach naszej klasy oraz IV czy III ligi, żeby mogła coś takiego przeżyć. Mam kontakt z chłopakami, którzy grali wtedy w Koszarawie i wszyscy wspominamy to jako superfrajdę. Przegraliśmy tylko 0:2, a pierwsza stracona bramka to był mój koszmar na długie lata. Teraz się z tego śmieję, ale wtedy nie spałem z jej powodu kilka nocy.
- Gdzie zaczął pan pracę trenera?
- W 2011 roku debiutowałem w grających w klasie A Czarnych Jaworze, z których w następnym roku trafiłem do Wilamowic, a od 10 września 2013 roku jestem w LKS Bestwina. Przez przypadek. Po utrzymaniu Wilamowiczanki w okręgówce zostałem bez pracy, bo klub przestał istnieć. Rozgrywki już ruszyły i wtedy chyba na "fejsie" skontaktowaliśmy sie z Damianem Pokusą, który przedstawił mi sytuację bestwińskiej drużyny, mającej po 6 kolejkach 3 punkty. Ten nasz kontakt zakończył się pytaniem czy jestem zainteresowany pracą. Byłem, ale tego samego dnia miałem też rozmowę z szefami klubu z Kobiernic, bo Soła mająca 3 punkty więcej też szukała trenera. Kiedy jednak przyjechałem do Bestwiny to od razu wiedziałem, że tu jest moje miejsce. Rozmowa była merytoryczna i konkretna. Zobaczyłem spory potencjał i wykorzystaliśmy go, bo utrzymaliśmy się zajmując 9 miejsce, a Soła spadła.
- Jest pan już piąty sezon w LKS Bestwina. Który z nich był najlepszy?
- Gdybym miał podsumować rok to na pewno wskazałbym na kończący się 2017. Wiosną zdobyliśmy 30 punktów i na mecie poprzedniego sezonu zameldowaliśmy się na 5 miejscu, a jesienią wywalczyliśmy 33 punkty, które dały nam drugie miejsce na półmetku obecnego sezonu. To efekt fajnej pracy z fajną grupą ludzi, którzy zrozumieli, że choć to jest tylko okręgówka, to bardzo ważne są dobre przyzwyczajenia. Ja nabyłem ich w klubach w których grałem i u trenerów, którzy mnie prowadzili więc przekazuję swoje nawyki moim podopiecznym i cieszę się, że zrozumieli moje intencje. Przychodzą 80 minut przed meczem. Przygotowują się do gry. Mają taki - jak na okręgówkowe normy - profesjonalizm. Podciągnąłem ich przyzwyczajenia do moich wymagań. Gdybym tego nie osiągnął to pewnie by mnie już tu nie było, ale dzięki temu, że złapaliśmy wspólny język na poziomie tych moich oczekiwań, to możemy teraz się cieszyć z wyniku.
- Kto jest sercem i liderem zespołu?
- Motorem napędowym i liderem zespołu na boisku jest doświadczony Marcin Gołąb. To jest człowiek stąd. Od dziecka związany z klubem, w którym pewnie zakończy swoją grę. Ale on nie jest człowiekiem, który w szatni walnie pięścią w stół i ustawi zespół. Nie ma tego w charakterze, bo jest raczej człowiekiem skrytym. W tej roli występuje raz Mateusz Droździk, innym razem Adrian Miroski, biorący na swoje barki ciężar pociągnięcia drużyny. Krystian Makowski też ma to w swoim charakterze. A Damian Pokusa, gdy był kapitanem, również potrafił zmotywować kolegów, jak przystało na prawdziwego dowódcę, choć na co dzień jest "do rany przyłóż". No i ja też umiem zareagować.
- Kto jest najlepszym strzelcem zespołu?
- Artur Sawicki w tym roku wyrósł na snajpera. Są tacy, którzy narzekają, że Szymon Skęczek nie wywiązuje się z tej roli, że nie strzela tak jak kiedyś, ale ja nie narzekam. Szymek wykonuje bowiem także dużo innej roboty, której od niego wymagam na boisku. Jako zawodnik grający na pozycji numer 10 musi też być na przykład zaangażowany w grę defensywną i jestem z niego zadowolony. Owszem, są sytuacje, że ma setkę, której nie wykorzysta, a nawet nie strzelił karnego, ale jest tej drużynie bardzo potrzebny.
- Kto zrobił największy postęp?
- Na pewno Mateusz Kudrys. Gdy przyszedł do nas Rafał Zieliński w styczniu to Mateusza wypożyczyliśmy do A-klasowej drużyny KS Bestwinka. Tam zagrał 13 spotkań. Ograł się na tyle, że jak wrócił to wskoczył do bramki i stał się ostoją naszego zespołu.
- Czy walka o awans jest już w tym sezonie rozstrzygnięta?
- MRKS w 15 kolejkach odniósł 14 zwycięstw i na półmetku ma nad nami 9 punktów przewagi. Tanio jednak wiosną skóry nie sprzedamy. Będziemy chcieli atakować choć wydaje mi się, że czechowiczanie zimą jeszcze się wzmocnią, żeby awansować zespołem, gotowym na grę w IV lidze, która stawia już bardzo wysokie wymagania. U nas też planujemy wzmocnienia. Jestem po rozmowach z dwoma-trzema zawodnikami z okolic, bo nie ściągamy zawodników z daleka. Nie stać nas na płacenie za dojazdy 300-400 złotych miesięcznie.
- Co pan robi poza trenowaniem LKS Bestwina?
- Jestem przedstawicielem handlowym Hoop Polska i choć mam nienormowany czas pracy to od 7.00 do 15.00 zajmuję się objazdem sklepów, które zaopatrujemy. Następnie wpadam do domu, w którym zostało już tylko jedno dziecko, bo drugie "wyfrunęło". Kacper, który tak jak ja wyrósł w Drzewiarzu Jasienica i debiutował w nim w IV lidze, ma 20 lat i studiuje w Krakowie, broniąc w III-ligowym MKS Trzebinia Siersza. A Oskar ma 4,5 roku i na razie nie garnie się do piłki. Woli samochody. Moja partnerka Edyta cieszy się, że mam tę swoją piłkarską pasję. Kiedyś chodziła na moje mecze w Koszarawie, bo pochodzi z Żywca i bywała też w Porąbce, bo w Zaporze w "sektorze żon" była fajna rodzinna atmosfera. Ale jako trenera nie widziała mnie jeszcze w akcji. Nie była na ani jednym meczu, w którym prowadziłem LKS Bestwina, ale wspiera mnie i docenia to co robię.
- Który mecz pana drużyny był najlepszy?
- Wiosenna wygrana na wyjeździe z Kuźnią 1:0 przeszła do historii. Najstarsi bestwinianie podobno 50 lat czekali na zwycięstwo w Ustroniu i doczekali się w dodatku w sezonie, w którym Kuźnia awansowała do IV ligi. Supermecze rozgrywamy też ostatnio w Wiśle, gdzie w poprzednim sezonie zremisowaliśmy 4:4, tracąc ostatnia bramkę w 4 minucie doliczonego czasu gry, a w tym sezonie wygraliśmy 4:3. Gola na 3:3 straciliśmy w 88 minucie, ale w 3 minucie "po czasie" Artur Sawicki odpowiedział i cieszyliśmy się ze zwycięstwa. Te otwarte mecze, jak na okręgówkę, naprawdę mogły się podobać.
- Na jubileuszu 70-lecia klubu prezes mówił, że chce awansu, a wójt prosił, żeby jeszcze nie teraz. A jak pan uważa?
- Z punktu widzenia trenera chciałbym wywalczyć awans, żeby szkoleniowo ten zespół mógł się rozwijać. Ale trzeba też patrzeć na organizacyjne i finansowe możliwości klubu. Dlatego na spokojnie podchodzę do tego tematu żeby nie zniszczyć tego co udało się do tej pory zbudować. Dlatego trochę hamuję zapędy prezesa. Porównując z możliwościami i warunkami jakie miały kluby, które w ostatnich latach awansowały z naszej okręgówki do IV ligi to mogę powiedzieć, że jesteśmy kopciuszkiem. Chłopaki grają za nieduże pieniądze. Gdyby niektórzy zawodnicy, nawet z drużyn ze strefy spadkowej dowiedzieli się za ile grają piłkarze w Bestwinie, to by im szczęki opadły. Tym większy "szacun" dla moich zawodników, że tak dobrze wykonują swoją robotę, którą po prostu lubią. Mamy dobre warunki treningowe. bo główne boisko się poprawiło, a boczne boisko na treningi ma już oświetlenie więc wszystko idzie w dobrym kierunku. Nie ma więc sensu nerwowo przyspieszać tylko dalej trzeba systematycznie robić swoje.

Do góry